Elton John
«1995-06-16»
Co Nam Zostało z Tych Płyt




Komentarz

Elton John Serwis III Jacek Cholewiński

Audycja dzięki

Olek - data
Olek - komentarz
Maciej Skulski - komentarz - uzupełnienie
Olek - opis
AkoBe - opis - uzupełnienie
AkoBe - pochodzenie

Opis

1. Elton John - Friends
2. Komentarz Tomasza
3. Elton John - Pinball Wizard
4. Komentarz Tomasza
5. Elton John - Captain Fantastic
6. Elton John - Something About The Way You Look Tonight
7. Elton John - Bitter Fingers
8. Komentarz Tomasza
9. Elton John - Teacher I Love You
10. Elton John - All the Girls Love Alice
11. Elton John - Street Kids
12. Komentarz Tomasza
13. Elton John - I've Seen the Saucers
14. Elton John - Goodbye Yellow Brick Road
15. Elton John - Harmony
16. Komentarz Tomasza (brak)


Utwory z audycji znajdziesz na płytach:

Elton John - The Big Picture (1997)



Komentarze/recenzje

CAPTAIN FANTASTIC I SZALONY PERKUSISTA Elton John Stadion Lecha, Poznań, 18 czerwca 1995 Someone Saved My Life Tonight - Ktoś uratował mi życie tego wieczoru... To chyba najodpowiedniejsze słowa, jakimi najkrócej mogę oddać wrażenia z tego niezapomnianego niedzielnego wieczoru. Tym bardziej, że od tego właśnie utworu, kilka minut po 20.00 rozpoczął swój występ Elton John. Nie chciałbym jednak nadawać tym słowom jakiegoś osobistego wydźwięku - od dawna już nie prześladują mnie myśli samobójcze, jestem człowiekiem opanowanym i o wiele bardziej obiektywnym niż przed laty. Ale koncert Eltona Johna poruszył mnie do głębi, przywrócił mi WIARĘ w człowieka i nieprzemijalność pewnych uczuć i wartości, zamienionych na dźwięki i zaklętych w kilkuminutowych utworach muzycznych. Byłbym jednak nieszczery, gdybym napisał, że pojechałem do Poznania pełen cynicznych obaw. Wiedziałem, że Elton John to nie Siouxsie, która kilka dni wcześniej odtworzyła w Warszawie prawie całą ostatnią płytę, okraszając występ raptem trzema ważnymi starymi numerami! Wiedziałem, że ten jedyny w swoim rodzaju mistrz fortepianu zagra i zaśpiewa prawie wszystko, o czym moglibyśmy marzyć. A po wysłuchaniu albumu Made In England wiedziałem też, że pod względem kompozytorskim i wykonawczym jest znowu w szczytowej formie. Jednak nie podejrzewałem, że jego występ tak bardzo mnie wzruszy. Nie śmiałem nawet śnić, że ze zgorzkniałego 37-latka zamienię się na trzy godziny w pełnego radości i energii nastolatka. Że będę skakał, śpiewał i raz jeszcze przeżywał minione dni i wydarzenia... przy których kiedyś towarzyszyły mi piosenki Mistrza. Elton John to prawdziwy fenomen - jego muzyka adresowana jest właściwie do wszystkich, bo wymyka się przyjętym klasyfikacjom gatunkowym. To rock - ale i nie rock. Czasami nagle zamienia się w country (Dixie Lily), czasami w jazzową improwizację fortepianową (Rocket Man, Bennie And The Jets), a najczęściej chwyta za serce balladowym liryzmem (Candle In The Wind, The Last Song). Potem nagle nabiera wręcz symfonicznego rozmachu ( Funeral For A Friend), a gdy znowu staje się rockiem, umarłego potrafi zmusić do opuszczenia trumny tanecznym krokiem (Love Lies Bleeding, Pain, Saturday Nights Alright For Fighting), gdyż błyskawicznie nabiera cech melodyjnego, rytmicznego popu (Lies, I Don't Wanna Go On With You Like That).

Autor: TK

Wszystkie te utwory - i wiele innych - pojawiły się tego niedzielnego wieczoru. I nawet deszcz wstydził się padać, choć na ulewę zanosiło się przez cały dzień. Spadło tylko kilka nieśmiałych kropli. Zresztą, nawet gdyby "prało żabami", nie zaszkodziłoby to wcale magicznej atmosferze, jaka wytwarzać się poczęła w chwili, gdy po - wprowadzającej - elektronicznej fanfarze rozległy się pierwsze fortepianowe akordy Someone Saved My Life Tonight. Było jeszcze jasno, więc początkowo wszyscy wpatrywaliśmy się w niepozornego człowieczka w okularach i czerwonym skafanderku, przeważnie ukrytego za swoim instrumentem. Po każdym utworze Elton wstawał jednak, wychodził zza fortepianu, kłaniał się publiczności, zagajał. Potem, gdy zrobiło się ciemniej - na wielkim ekranie rozmigotały się przeróżne obrazy. Przypominało to trochę wizualną ilustrację występu Cocteau Twins. O ile jednak przed rokiem w Katowicach nuda dławiła za gardło, o tyle w Poznaniu ekran pełnił jedynie rolę barwnej przyprawy do porywającej, intrygującej i wciąż zmieniającej się muzyki. A gdy przyzwyczailiśmy się do tej dodatkowej atrakcji, Elton i prawie wszyscy muzycy zeszli nagle ze sceny, zaś światła skierowały się na najbardziej pocieszną postać, jaką od lat oglądałem na rockowym koncercie. Za przeróżnymi bębenkami i "przeszkadzajkami" szalał bowiem Ray Cooper - jeden z najstarszych (obok gitarzysty Daveya Johnstone'a) współpracowników Eltona Johna. Na płytach z lat siedemdziesiątych zawsze widniały jego zdjęcia - nigdy nie miał gęstej czupryny; do chwili obecnej jednak całkiem wyłysiał, ale zdobył przez to przedziwną charyzmę. Stroił miny, tańczył, rzucał pałeczkami, potem zmusił nas wszystkich do chóralnego skandowania improwizowanych na poczekaniu okrzyków, aż w końcu - z filuternym błyskiem w oku i szaleńczym uśmiechem - porwał wielką buławę i począł nią walić w olbrzymi gong, skacząc przy tym jak kilkuletni szczeniak rozradowany hałasem, jaki czyni. Działo się to wszystko podczas porywającej wersji słynnego utworu z rockopery Tommy grupy The Who - Pinball Wizard. Tym utworem zakończył się właściwy koncert. Czekając na bisy gorączkowo się zastanawiałem, co jeszcze chciałbym usłyszeć... Zdawało mi się, że było już wszystko! To chyba najlepiej świadczy o klasie koncertu. Dopiero potem, wracając do Warszawy, powoli przypominałem sobie, czego nie było: Crocodile Rock, Your Song... Wtedy jednak, stojąc w tłumie na murawie stadionu, byłem bliski płaczu ze szczęścia, gdy usłyszałem pierwsze dźwięki Don't Let The Sun Go Down On Me. Jeden z najpiękniejszych utworów Mistrza. Jeden z moich ulubionych... Ludzie dookoła mnie krzyczeli Nikita! Nikita! - ale gdy Elton wyszedł po raz trzeci i zapowiedział The Last Song, wiadomo było, że na tym koniec. Ten piękny, nastrojowy utwór artysta zadedykował ofiarom AIDS. I w ten kameralny sposób zakończył się koncert, który pamiętać będę długo. Choć mógłbym jeszcze słuchać Eltona Johna godzinami, nie czułem niedosytu. Nawet nie żałowałem, że nie było wielu wspaniałych utworów, za które kocham go najbardziej: Tonight, Ticking, Sixty Years On, Shoot Down The Moon, I've Seen That Movie Too... Opuściłem Stadion Lecha pogodzony z sobą, z Wszechświatem, z przeszłością. I pełen ochoty, by żyć dalej - choćby po to, żeby kiedyś raz jeszcze trafić na koncert Eltona Johna. TOMASZ BEKSIŃSKI TYLKO ROCK Str. 79 Nr 10 październik 1995

Autor: TK