Mury runą - Janusz Mrzigod


Mur zbudowany był z Twarzy. Były one nieruchome, zastygłe w przeróżnych grymasach: przestrach, lęk, obawa, gniew, obojętność, tak, jak kiedy uwiecznił je w kamiennym tworzywie zapomniany artysta. Mur stał, bowiem długo, tak długo, że najstarsi nawet nie pamiętali czasów, kiedy go postawiono. Tylko mgliste legendy mówiły coś o tym, a i to bardzo metaforycznie. Wiadomo było, że jego budowa pochłonęła wiele istnień ludzkich. Nikt wszelako nie znał liczby budowniczych, jacy zginęli, czy też może zaginęli podczas pracy nad murem. Spotkało to podobno nawet Najwyższego Konstruktora - postać enigmatyczną, o której opowiadający wyrażali się zwykle z sarkazmem. To od niego według legendy miał pochodzić pomysł postawienia Muru.
Krążyły też inne opowieści, o tym, co jest ZA Murem. Wieści jakoby znajdowała się tam jedynie jałowa, ziejąca suchym wichrem pustynia, powszechnie traktowano jako propagandę szerzoną na rozkaz Najjaśniejszego. W zamian za to w najciemniejszych godzinach nocy opowiadano sobie o krainie osłanianej przez Mur. Były tam przestronne łąki, cieniste zagajniki i żyzne pola, z co najważniejsze nie było Najjaśniejszego i jego strażników.
- Jak to? Nie ma Najjaśniejszego? - dziwili się Ci, którzy słyszeli tę historię po raz pierwszy. - On musi być! No strażników może rzeczywiście nie, ale Najjaśniejszy?
Długo trzeba było ich przekonywać.
Wtedy też, w najciemniejszych godzinach nocy, bo w dzień strażnicy nie dopuszczali do Muru nikogo bliżej niż na dziesięć kroków, ci, którzy już uwierzyli w krainę starali się przedostać na drugą stronę. Nigdy żaden nie powrócił. Niektórzy twierdzili, iż żyją tam szczęśliwie i powinno to przynaglić następnych. Inni jednak starcy, a była ich większość, uważali, że przez Mur przedostać się nie sposób, a desperackie próby tylko przydają Murowi nowych twarzy i z każdym nieszczęśnikiem staje się on wyższy.
Odmiana przyszła nagle. Pewnego dnia Najjaśniejsi zjedli wspólne śniadanie, a jednym z jego skutków był pomysł, iż Mur należy zburzyć. Ogromne tłumy zebrały się na tę okazję wzdłuż całej jego długości. Kiedy kamieniarze nie potrafili poradzić sobie z mocą spoiwa, Najjaśniejsi przysłali maszyny. Nadjechały plując kwasami, a ich operatorzy w fartuchach i rękawicach z czarnej gumy spoglądali na ludzi z wysokości. Maszyny rozpuściły zaprawę. A wtedy stało się coś doprawdy dziwnego.
Kiedy zewnętrzna warstwa spłynęła z twarzy, stały się one na powrót żywe. Ich oczy zamrugały oślepione słońcem, lub napełniły się łzami, albowiem były to twarze zaginionych budowniczych. Mur rozpadł się, a budowniczowie, powstali i zmieszali się z tłumem. I wtedy wszyscy zobaczyli, co jest po drugiej stronie.
Na tle równie wyblakłego krajobrazu stał tam równie wielki tłum. Stałe też te same maszyny, a na nich operatorzy z rękawicami i fartuchami z czarnej gumy oraz zdziwieniem na obliczach. Albowiem Mur skrywał za sobą lustro.
Po jakimś czasie bezruch został zakłócony. Jeden z tych, co najżarliwiej opowiadali o krainie, podniósł z ziemi kamień i rzucił nim w lustro. Kamień odbił się nie uczyniwszy żadnej szkody. Ale za pierwszym poruszyli się następni i posypał się grad. W końcu lustro pękło z żałosnym brzękiem. A za nim była tylko ciemność. Tłum rozproszył się, maszyny odjechały, a niektórzy budowniczowie rozeszli się do domów. Większość jednak pozostała...
BO W CZYMŻE CIEMNOŚĆ JEST LEPSZA OD LUSTRA?

Audycje

1997-11-29 - TPK