Audycja
«1995-12-30»
Trójka Pod Księżycem


Komentarz

Cykl "Living in the Past" poświęcony grupie Gnidrolog a dokładnie płycie "Lady Lake". Fragment audycji z 30.12.1995. Gnidrolog to legendarna brytyjska grupa rockowa, płyta pochodzi z roku 1972 (kiedyś Wam mówiłem - to był dobry rok). Oprócz tej płyty Panowie Goldring wydali jeszcze trzy inne płyty (jedną nie tak dawno...), przy czym moim osobistym zdaniem "Lady Lake" to zdecydowanie najlepsza ich płyta. Szczerze mówiąc uważam ją za jedną z piękniejszych w ogóle, a utwór "I Could Never Be A Soldier" po prostu rozrywa mi pierś. Dlatego też nie mogę się pogodzić z oceną Tomasza, który podsumował tą płytę tak jakby była prawie plagiatem... Tak czy inaczej zapraszam bardzo serdecznie.

Audycja dzięki

Jaśko Marcin - data

Vampirek - komentarz - komentarze Tomasza

AkoBe - opis

Jaśko Marcin - opis - uzupełnienia

Jaśko Marcin - pochodzenie

Ryszard M. - pochodzenie - końcowy fragment

Opis

1. Sygnał audycji

Dobry wieczór.

 

2. Nick Cave & the Bad Seeds - Where the Wild Roses Grow

3. Komentarz Tomasza

Wita Państwa w Trójce Tomasz Beksiński po raz ostatni w tym roku. Już jutro powiesimy nowy kalendarz na ścianie. Już jutro o tej porze będziemy wlewać w siebie szampana bez umiaru i przy akompaniamencie różnych fajerwerków będziemy witać nowy rok 1996. Kto wie, może lepszy, zawsze trzeba mieć nadzieję. W każdym razie w dziedzinie muzyki ten kończący się właśnie 1995 należał do wyjątkowo jałowych, podkreślam, moim zdaniem. Raptem kilka intrygujących płyt się ukazało. Był natomiast niesamowity zalew tandety rapowo-grunge'owo-samplerowej i skutecznie zamordował prawdziwą muzykę. Także gdyby nie różne reedycje klasyków, gdyby nie "Living In The Past", gdyby nie muzyka z piwnicy, to przędli byśmy naprawdę bardzo cienko. Tak więc dzisiejsza audycja, dzisiejsza noc będzie zawierać różne wspomnienia z tego roku, kończącego się. Będą różne aktualności także i będą marzenia na przyszłość, no i oczywiście różne życzenia. Motywem przewodnim natomiast będzie ta cudowna ballada o miłości i śmierci, której właśnie słuchaliśmy - "Where the Wild Roses Grow" - tam gdzie rosną dzikie róże. Chyba najbardziej niecodzienny duet roku. Nick Cave i Kylie Minogue, dziwna sprawa, naprawdę. Cóż jeszcze będzie, będzie coś nowego, będzie trochę muzyki z nowej płyty grupy Garden Of Delight. I będzie pewna bardzo stara grupa, którą ostatnio odkryłem i którą chciałbym się z Państwem podzielić. Ale teraz, teraz przed tym wszystkim, teraz czas na dżentelmena, który właśnie powrócił w wielkim stylu żeby głosem Pierce'a Brosnana powiedzieć nam z ekranów - "My name is Bond, James Bond". O nowym Bondzie będzie za chwilę, a teraz zgodnie z tradycją Bond w Jedynce, muzyka w Trójce kilka tematów z filmu "You Only Live Twice" - Żyje się tylko dwa razy. Najpierw będzie tytułowy song w wykonaniu Nancy Sinatry, później będzie przepiękny temat "Wesele Bonda", bardzo japoński temat i wreszcie motyw z finałowej kulminacji filmu - Bond zapobiega trzeciej wojnie światowej. Myślę, że wprawne ucho wyłapie w muzyce cytat z Szostakowicza.

 

4. Nancy Sinatra - You Only Live Twice - Title Song

5. John Barry - The Wedding

6. John Barry - Bond Averts World War Three

7. Komentarz Tomasza

Muzyka z ostatniego telewizyjnego Bonda z dzisiejszego wieczoru - "You Only Live Twice", żyję się tylko dwa razy. Może to nie był Szostakowicz, może to był Chaczaturian. W każdym razie cytat z muzyki poważnej, który pewnego, pięknego dnia usłyszałem w pracowni mojego Ojca. Wszedłem i zapytałem: "Co to, słuchasz muzyki z Bonda?", a on mówi: Nie, to jest właśnie płyta" i pokazuje, okazuje się że to ten sam motyw został po prostu wykorzystany przez Johna Barry'ego do soundtracku do filmu "You Only Live Twice". Natomiast dzisiaj proszę Państwa, w sobotę po południu obejrzałem "GoldenEye", czyli złote oko. Jestem zachwycony i cały szczęśliwy, że powrócił taki Bond jakiego najbardziej lubię, czyli z przymrużeniem oka. Już w tej wspaniałej ekspozycji kiedy dogania w powietrzu spadający do przepaści samolot od razu zrozumiałem, że zabawa będzie na całego. Pierce Brosnan jest po prostu genialny w roli agenta 007. Lekkość Rogera Moore'a, sprawność i zawodowstwo Seana Connery, a także młodzieńczy urok Timothy Daltona - wszystko w jednej osobie. Pyszny, naprawdę pyszny film. Z tym, że niestety, niestety i to zawsze musi być w Polsce, musi coś takiego nastąpić. Totalnie, całkowicie, spaprane, kompletnie dyletanckim tłumaczeniem. Wstydził się zresztą podpisać autor tych drętwych i całkowicie pozbawionych inwencji dialogów. I nic dziwnego, bo każdego dziecko na świecie wie, że Bond pije wódkę martini wstrząśniętą, nie mieszaną, a nie z shakera nie mieszaną. Każde dziecko to wie, z wyjątkiem niedouczonego tłumacza. Bond jest niestety jak Biblia, pewne odzywki są święte, to tak jakby "in the name of father and son", w imię ojca i syna przetłumaczyć w imię tatusia i pierworodnego na przykład. Poza tym trzeba nie mieć totalnie wyobraźni, żeby nie przetłumaczyć jakże znaczącego nazwiska rosyjskiej zabójczyni Onatopp, które zresztą znajduje odzwierciedlenie w jej sposobie zabijania. Dziewucha siada na facecie - hmm, moja ulubiona pozycja - i dusi udami, Boże, poza tym co za towar. W każdym razie można było wymyślić jej nazwisko na przykład "Nagórna" albo "Wierzchowska", cokolwiek, cokolwiek w tym stylu. Poza tym naprawdę nic mnie już bardziej nie irytuje od angielskiego "sir" nietłumaczonego na język polski. Skoro Bond mówił do naszej Scorupco "yes Sir", to można było w to miejsce dać "tak jest szefie" - prawda, że proste. Bond powinien być zabawą, zabawą, tak samo dla widza jak i dla tłumacza moim zdaniem. Szkoda, że "Golden Eye" trafił na kogoś czyje poczucie humoru nie sięga nawet Dynastii. Ja na wszelki wypadek zaznaczam z tłumaczeniem "Golden Eye" nie miałem niestety nic wspólnego. W każdym razie jeżeli mowa o Bondach, jeżeli mowa o tłumaczeniach, to także odradzam już z góry sięganie po filmy wypuszczone na kasetach przez Warner Bros Poland. Oczywiście chodzi o Bondy, bo to tłumaczył znany fajansiarz, tak więc szkoda czasu i pieniędzy, radzę poczekać na emisję telewizyjną. Natomiast co do filmów w telewizji jeszcze Państwu powiem, jutro, to znaczy już właściwie dzisiaj, bo to jest już 31 grudnia. Dzisiaj wieczór w Polsacie, ma być przygodowa baśń wytwórni Hammer pod tytułem "She", czyli ona. Ursula Andress, Peter Cushing i Christopher Lee. Obejrzeć zdecydowanie warto, choć za tłumaczenie nie ręczę, bo Polsat robi prawie wszystko na kolanie. Na dodatek najczęściej te bzdury czyta Knapik, więc szkoda czasu i nerwów. Ale Hammer, to Hammer, więc decyzja należy do Państwa. A skoro powiedziałem, że dzisiaj będą życzenia, to życzę sobie i Państwu życzę, biednym widzom chodzącym do kina i kupującym bilety. Skazanym na oglądanie tych różnych bzdur, życzę żeby w roku 1996 dystrybutorzy zadbali także o jakość opracowania filmów skoro nie szczędzą środków na reklamę. Rozgadałem się proszę Państwa, trochę się rozgadałem, ale to taki temat, że nie mogłem inaczej. Tak więc teraz będzie troszkę muzyki. Powróci jeszcze jeden motyw bondowski, który no tak się dziwnie złożyło, że akurat mam tutaj ze sobą "We Have All The Time In The World". To będzie motyw z następnego filmu "On Her Majesty's Secret Service", który w telewizji za mniej więcej miesiąc. I to ze specjalnymi pozdrowieniami od indyczego jaja z Birmingham, tylko jedna osoba wie o co chodzi.

 

8. Louis Armstrong - On Her Majesty's Secret Service (1969)

9. Komentarz Tomasza

Tak jest - "We Have All The Time In The World" - mamy tyle czasu ile chcemy żeby oglądać filmy z Jamesem Bondem i nie tylko. A skoro już o filmach Państwu mówię, to tak gdyby żeby zakończyć ten temat na dzisiaj i również w ramach planów i życzeń na rok przyszły, to chciałbym poinformować że telewizja kupiła pięć horrorów wytwórni Hammer. Już przyszły te horrory, to będzie między innymi: "Dracula", "Frankenstein", "Krew z Grobowca Mumii" itd., itd. No i myślę, że w tym nadchodzącym się roku będzie trochę przyjemnych horrorów w telewizji, takich starych, z pajęczynami, pelerynami, trzeszczącymi trumnami, długimi, półprzezroczystymi nocnymi sukniami, dużymi dekoltami i tym wszystkim, co my naprawdę, znawcy horroru, najbardziej lubimy. "Książę ciemności" i grupa Warfare.

 

10. Warfare - Prince Of Darkness

11. Komentarz Tomasza

Grupa Warfare, to był fragment z płyty dedykowanej horrorom wytwórni Hammer, utwór "Prince of Darkness" oczywiście "Książę Ciemności". Miejmy nadzieję, że trochę horroru i w tym '96 roku z nami będzie, bo rok '95 jak Państwo pamiętają był zdecydowanie pod znakiem wampirów.

 

12. Sygnał Świąteczny serwisu Trójki (godz. 1:00)

13. Sygnał audycji

14. Nick Cave & the Bad Seeds - Where the Wild Roses Grow

15. Komentarz Tomasza

Jedna z najbardziej niesamowitych i pięknych piosenek ostatnich miesięcy, ostatnich tygodni - "Where the Wild Roses Grow" - tam gdzie rosną dzikie róże. Nick Cave i Kylie Minogue, no zupełnie zdumiewający duet. Ale tak sobie ostatnio pomyślałem proszę Państwa i już wcześniej myślałem o czymś podobnym kiedy słuchałem kolejnej, wspaniałej płyty zrealizowanej przez Marianne Faithfull, że niektóre wokalistki powinny zetknąć się z pewnymi wokalistami. I tak każda wokalistka, która chce w późniejszym wieku, kiedy jest już nieco starsza, chce zachować klasę i chce tworzyć tak genialnie utwory jak Marianne Faithfull, powinna przejść przez Jaggera. Natomiast wydaje mi się, że niektóre panienki od dyskoteki powinny właśnie współpracować albo z Eldritchem albo z Cavem i wtedy uda im się nagrać coś, co naprawdę pozostanie w naszej pamięci, co trafi do naszych serc, a to jest naprawdę niesamowita piosenka, trzeba się wsłuchać w słowa. Taka typowo Cave'owska opowieść, o tym jak to poznaje dziewczynę, którą nazywa dziką różą, a na dzień trzeci znajomości prowadzi ją nad rzekę, pokazuje jej dzikie róże i mówi że wszystko co piękne musi umrzeć, bierze kamień i rozwala jej głowę. Cały Nick Cave. A wszystko to zrobione w stylu Leonarda Cohena śpiewającego z Jennifer Warnes, no po prostu RE-WE-LA-CJA. Jeden z najładniejszych utworów roku, na pewno, tego kończącego się. I skoro jesteśmy przy takich nowościach. Kiedyś przywykliśmy o tej mniej więcej porze sięgać po nowe płyty. Ja wiem, że w ciągu ostatnich paru naszych spotkań był teraz "Kącik grozy", ale myślę że kącikiem grozy był "Prince of Darkness" przed chwilą oraz opowieść o tłumaczeniu ostatniego Bonda i już dość grozy na dziś. Teraz będzie innego rodzaju groza. Nowa płyta grupy Garden Of Delight, która nazywa się "Symbol And Vision", czyli symbol i wizje. Ukazała się już jakiś czas temu i dość długo do mnie docierała, ale na szczęście dzięki uprzejmości wszech operatywnego MegaDiscu już ją mamy. "Symbol And Vision", płyta która im dalej tym lepsza, trochę jest moim zdaniem jako całość, słabsza od poprzedniej, ale druga jej połowa, z której za chwilę przedstawię Państwu trzy fragmenty, jest fenomenalna. Najpierw będzie utwór "Transcendental", później będzie ponad dwunasto-minutowa kompozycja "Black Magic Circle" i wreszcie utwór tytułowy - "Symbol And Vision". Garden Of Delight taki jaki naprawdę najbardziej lubimy.

 

16. The Garden Of Delight - Transcendental

17. The Garden Of Delight - Black Magic Circle (Ordo Templi Orientis) - Parts 1-3

18. The Garden Of Delight - Symbol And Vision

19. Komentarz Tomasza

Jeśli komuś tęskno za Siostrami Miłosierdzia, za Fields Of The Nephilim i za tym właśnie stylem grania, to grupa Garden Of Delight chyba pustkę w jakimś tam stopniu wypełnia. Nowa płyta "Symbol And Vision", to były trzy fragmenty - "Transcendental", czyli utwór transcendentalny, "Black Magic Circle" - w kręgu czarnej magii i tytułowy "Symbol And Vision", czyli symbol i obraz, symbol i wizja. Płyta się ukazała podobno we wrześniu, tak przynajmniej była zapowiadana. The Garden Of Delight. Ciekawostka, muzycy odkryli, całkiem słusznie zresztą, że pierwsze litery ich nazwy gie, o, de, stanowią słowo GOD, czyli Bóg. I mamy tutaj też na płycie utwór "Dreams of God". Myślę, że jeszcze będziemy wracać do tej płyty. Dzisiaj chciałem Państwa z nią zapoznać w takim większym fragmencie. To była rzeczywiście dosyć spora dawka, prawie pół płyty i te fragmenty, które mnie przynajmniej po pierwszym, jednorazowym przesłuchaniu najbardziej się spodobały. Wiem, że płyta ta również dzięki uprzejmości Leszka Rakowskiego do mnie dociera i myślę, że niebawem dotrze, także będzie już z nami na zawsze. Chciałbym zespołowi Fading Colours w tej chwili złożyć życzenia noworoczne. Wszystkiego jak najbardziej udanego w roku '96. Mam nadzieję, że sesja która ma się odbyć w Rzeszowie gdzieś na początku roku dojdzie do skutku i sprawnie pójdzie. A w sesji mają wziąć udział zaproszeni goście: Anne Clark i Darrin Huss. Tak, więc grupa Fading Colours mam nadzieję nie będzie "Fading", tylko będzie "rising", będzie jak najbardziej wzlatywać i lśnieć pięknym światłem. A to jest utwór, który zawsze w repertuarze tego zespołu podobał mi się najbardziej.

 

20. Fading Colours - Colours

21. Komentarz Tomasza

Tak więc kolorowego roku 1996 wszystkim sympatykom muzyki gotyckiej, życzę. I aby to było więcej kolorów niż tylko czarny i czerwony. Wiemy kolor czerwony, to podbicie czarnej peleryny Hrabiego Draculi. Natomiast moje takie życzenie pobożne związane z muzyką i niejako skierowane także w stronę otoczenia i nie tylko zespołu Fading Colours, to jest żeby w końcu dotarła do mnie płyta obiecywana już od bardzo, bardzo dawna, płyta z kościelnym koncertem grupy Deine Lakaien, który podobno ukazał się na płycie i podobno jest to płyta bardzo piękna. A ja wciąż nie mogę się otrząsnąć z niepowtarzalnego wrażenia, jakiego dostarczyła mi i myślę Państwu również, wspaniała koncertowa płyta sprzed kilku lat tegoż zespołu, Deine Lakaien - Dark Star Tour. Płyta, z której fragmentów słuchaliśmy wiosną i na której znalazł się taki niesamowity utwór - "Love Me To The End".

 

22. Deine Lakaien - Love Me to the End

23. Komentarz Tomasza

Niesamowita sprawa być na takim koncercie. Grupa Deine Lakaien - "Love Me To The End" - kochaj mnie aż do końca. No, to też można by było nazwać pobożnym, nieprawdopodobnym życzeniem, no nie tylko na rok 1996, ale tak w ogóle. I teraz będzie trochę muzyki z piwnicy, proszę Państwa. MegaDisc również dostarczył mi wreszcie fenomenalnie wydaną, wspaniałą płytę grupy Arzachel. Ja już kiedyś Państwu jeden fragment z tej płyty przedstawiałem, ale jakoś nie podobało mi się brzmienie. Cóż się okazało, tamta płyta była piracka, ta została wydana wreszcie oficjalnie. Zespół Arzachel, to taka śmieszna grupa, która została właściwie powołana tylko po to żeby nagrać jedną psychodeliczną płytę. I stanowili ją członkowie zespołu Egg, czyli jajo, między innymi grał tam na gitarze Steve Hillage. Z tej płyty z grypy, grupy Arzachel teraz dwa utwory, z których jeden tematycznie bardzo nam będzie się wiązał z zespołem, którego niedawno słuchaliśmy. Utwór nazywa się "Garden of Earthly Delights", czyli ogród ziemskich rozkoszy, a później będzie ten najwspanialszy fragment płyty, chociaż niektórzy twierdzą, że niekoniecznie najwspanialszy, ale mój ulubiony - "Azathoth". Grupa Arzachel.

 

24. Arzachel - Garden of Earthly Delights

25. Arzachel - Azathoth

26. Komentarz Tomasza

Grupa Arzachel. Steve Hillage, Dave Stewart, Mont Campbell i Clive Brooks. Oczywiście pod pseudonimami nagrali tę płytę. Nazwa pochodzi od krateru na księżycu. Proszę Państwa myślę, że z Jackiem Leśniewskim z MegaDiscu spotkamy się kiedyś tutaj niedługo w przyszłym roku i posłuchamy więcej takiej muzyki bardzo, bardzo z piwnicy. Natomiast teraz posłuchajmy styranego głosu kobiety, która przeżyła i przeżyła związek z Mickiem Jaggerem. Marianne Faithfull - "Love In The Afternoon".

 

27. Marianne Faithfull - Love In The Afternoon

28. Komentarz Tomasza

Jeden z jaśniejszych punktów kończącego się właśnie roku. Płyta Marianne Faithfull, to był utwór "Love In The Afternoon". Za chwilę dalsze wspominki z kończącego się roku różne koncerty itd., itd., ale ponieważ jest już minuta po godzinie drugiej, to najpierw serwis.

 

29. Sygnał Świąteczny serwisu Trójki (godz. 2:00)

30. Sygnał audycji

31. Nick Cave & the Bad Seeds - Where the Wild Roses Grow

32. Komentarz Tomasza (niekompletny, brak początku)

(..) I myślę, że nie będzie to źle, nie będzie to źle ani dla niego ani dla muzyki. Proszę Państwa, w roku właśnie się kończącym były w Polsce trzy koncerty, znaczy było ich więcej, ale dla mnie były trzy koncerty: Peter Hammill w Bydgoszczy, Elton John w Poznaniu i zespół Colosseum w Sopocie. To były te trzy wielkie koncerty, trzy naprawdę wspaniałe wieczory, wzruszenia nie do opisania, przeżycia nie do opisania, momenty, które pamiętać będę przynajmniej ja na pewno i sądzę, że nie tylko ja, wielu z nas będzie pamiętać te chwile długo, długo, długo wspominać, opowiadać dzieciom i wnukom. Peter Hammill przyjechał do Polski dzięki firmie International House z Bydgoszczy. Nauczyciele sprawili, że wymarzony artysta dotarł do nas w końcu. Dziękuję Panowie, dziękuję raz jeszcze i myślę, że mógłbym Wam życzyć, firmie International House z Bydgoszczy żeby w roku 1996 przyjechał Nick Cave, czemu nie. Nick Cave to byłby następny taki niesamowity strzał w dziesiątkę. A póki co Peter Hammill - "To Many Of My Yesterdays".

 

33. Peter Hammill - Too Many of My Yesterdays

34. Komentarz Tomasza

"To Many Of My Yesterdays" - Peter Hammill. Rzeczywiście, człowiek, którego muzyka ilustrowała bardzo, bardzo, bardzo wiele dni w moim życiu i myślę nie tylko w moim. Mam cały czas nadzieję, że '96 roku, cały czas, po prostu mam nadzieję, że w '96 roku, jestem wręcz nawet pewien - Peter Hammill do nas wróci. I jeszcze te dwa inne wspaniałe koncerty. Poznań, czerwiec, Elton John po raz drugi w Polsce. Gdy widziałem go pierwszy raz w '84 roku, był to wtedy chyba koncert mojego życia, w tej chwili można było powiedzieć, że całe historia się powtórzyła. I jeśli mogę sobie czegokolwiek życzyć i Państwu również, to to żeby Elton John do nas jeszcze wrócił. Niekoniecznie w '96 roku, bo to chyba byłoby zbyt szybko i to byłoby zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe. Ale żebyśmy jeszcze raz mogli zebrać się gdzieś na jakiejś dużej sali, na stadionie, wszystko jedno gdzie i posłuchać jak on gra i śpiewa. Elton John - "Blessed", to będzie jeden z piękniejszych fragmentów jego ostatniej płyty "Made In England", a później wspomnimy sobie jeszcze ten dreszczyk emocji jaki towarzyszył nam w Sopocie, kiedy grupa Colosseum grała "Theme For An Imaginary Western".

 

35. Elton John - Blessed

36. Colosseum - Theme for an Imaginary Western

37. Komentarz Tomasza

Grupa Colosseum, to jest oczywiście nie utwór z Sopotu, tylko z koncertu w Kolonii. Troszkę wcześniej się odbył ten koncert, bo pod koniec '94 roku, ale ten zespół grał na wszystkich koncertach wspaniale, porywająco. "Theme For An Imaginary Western", temat dla takiego nie istniejącego, wymyślonego westernu. Proszę Państwa, jeżeli jesteśmy przy koncertach, jeżeli jesteśmy przy życzeniach, to chciałbym sobie i Państwu przede wszystkim życzyć, żeby sprawdziło się coś co może się sprawdzić w roku '96, co już jest zapowiadane. Jeśli dobrze pójdzie, to gdzieś koli kwietnia/maja wystąpi u nas jedna z największych legend rocka i nie tylko. Po prostu jeden z najlepszych zespołów jakie kiedykolwiek powstały - King Crimson - Karmazynowy Król. To jest coś naprawdę niesamowitego. Słyszałem początkowo, że ma się to odbyć w lutym, później że się nie odbędzie, a później że zostało przesunięte na kwiecień/maj. Trzymam się tej ostatniej wersji bardzo kurczowo. Tak kurczowo, że dłonie zaciskam i krew mi cieknie przez palce, ale mam nadzieję, że w '96 roku będzie czerwono nie od tej krwi, ale czerwono od karmazynu Karmazynowego Króla.

 

38. King Crimson - Red

39. Komentarz Tomasza

"Red", czyli czerwień, czerwień królewska. Słynny, tytułowy utwór z ostatniego, wydawało się, albumu King Crimson sprzed 21 lat i teraz ten utwór powraca na koncertach, gdy grupa się reaktywowała. Jak to dobrze. Trzymajmy kciuki, trzymajmy, żeby zagrali dla nas w '96 roku. I teraz będą wspomnienia proszę Państwa, dla mnie chyba jedyne, najważniejsze wspomnienie oprócz tych trzech koncertów wspaniałych jakie się odbyły, najwspanialsze wspomnienia związane z '95 rokiem, to będzie Londyn, lipiec oczywiście. I jeden z takich najbardziej pamiętnych momentów, to oczywiście wizyta Oakley Court, ale wcześniej niezapomnę chwili kiedy Stuart Nicholson z grupy Galahad wręczył mi płytę "Sleepers" z tą prześliczną, martwą twarzą na okładce oraz koszulkę, na której również była ta twarz. W tej koszulce następnego dnia pojechaliśmy zwiedzać Oakley Court i kiedy ja tam odprawiałem egzorcyzmy nad swoimi demonami przeszłości pod postacią Kobiety Wąż, Stuart opowiadał mi o tym jak, jak to powstał utwór "Exorcising Demons". Opowiedział mi historię zboczonego nauczyciela molestującego dzieci, który zmarł w więzieniu w chwili gdy grupa skończyła miksować wymierzony przeciwko niemu utwór. I wtedy pomyślałem sobie, że jest coś takiego jak przeznaczenie i w to przeznaczenie zdecydowanie od tamtej chwili zacząłem wierzyć.

 

40. Galahad - Exorcising Demons

41. Komentarz Tomasza

Grupa Galahad - "Exorcising Demons". A propos egzorcyzmów w '96 roku ma być w naszej telewizji "Egzorcysta". Natomiast rok '95 był w najlepszej części rokiem spod znaku progresywnego rocka. U nas był to rock progresywny "kolarski", tak więc duże brawa dla grupy Collage i all the best w roku '96, oby był "Safe", czyli bezpieczny. Z tym, że niestety proszę Państwa w tej chwili wciąż jeszcze nie jest bezpiecznie, bo po pierwsze Wojtek Szadkowski jest w Londynie, po drugie, płyta "Safe" ma się ukazać, trzymajmy kciuki, dopiero za tydzień, a co najgorsze ja nie mam w tej chwili singla z utworem "Safe", bo przed wyjazdem Wojtek go porwał ode mnie w jakimś pilnym celu, ale... Ale tak ogólnie to jest bezpiecznie, więc oby tak dalej, dalej, dalej.

 

42. Collage - Dalej, dalej

43. Komentarz Tomasza

Collage i "Dalej, dalej". I jeszcze jedno nagranie z przeszłości, którego wymowa jest wciąż aktualna. Takie przepiękne dzieło, pewnego przesympatycznego, olbrzymiego Szkota, zwanego Rybą. Też nas w kończącym się roku odwiedził. Wciąż wokół nas pełno frazesów, oby w 1996 roku wszystkie sprowadzały się do tego jednego, o którym śpiewa Fish.

 

44. Fish - Cliché

45. Komentarz Tomasza

Fish i "Cliché", oczywiście te stare, wspaniałe nagranie, ale wciąż aktualne. Ponad pół minuty po trzeciej w nocy.

 

46. Sygnał Świąteczny serwisu Trójki (godz. 3:00)

47. Sygnał audycji

48. Jethro Tull - Living in the Past

49. Komentarz Tomasza

Proszę Państwa, w cyklu "Living In The Past" dzisiaj mam coś naprawdę sensacyjnego, bardzo zagadkowego i naprawdę wspaniałego. Zespół, który nazywa się Gnidrolog, przypuszczalnie wymawia się to nidrolog, ale pisze się Gnidrolog i analizując tę nazwę od przodu, od tył, od środka i na różne sposoby, przekopując wszelkie słowniki, w końcu doszedłem do wniosku, że musi być to pewnego rodzaju anagram związany z nazwiskiem dwóch członków zespołu, którzy nazywają się Goldring. Stewart Goldring i Colin Goldring i to jest właściwie wszystko co potrafię Państwu powiedzieć o tej płycie. Wiem, że brzmi to zagadkowo, wiem że brzmi to śmiesznie i dziwnie, ale tak się złożyło, że płytę tego zespołu dostałem dzięki uprzejmości Wojtka Szadkowskiego i nie tylko. Mianowicie przede wszystkim szefa firmy Ars Mundi, który ma różne konszachty z Japonią, jak wiemy dystrybuuje tam także płyty zespołu Collage. I po prostu przyniósł mi do posłuchania kilka intrygujących takich różnych mało znanych rzeczy, między innymi była to płyta tegoż zespołu pod tytułem "Lady Lake". Okładka interesująca, taka dłoń wystająca z wody. Trochę się przypominają legendy o Królu Arturze, Rycerzach okrągłego stołu i mieczu Excaliburze, który Pani jeziora wydobyła. O tym wszystkim w filmie "Monty Python and the Holy Grail" będą mogli Państwo już w noc sylwestrową się dowiedzieć i pośmiać się przy okazji. Ale na serio, płyta jest wspaniała. Płyta brzmi jak stary King Crimson z okresu "Lizard" i "Islands", troszeczkę zmieszany z Van Der Graaf Generatorem. Myślę, że te dwie nazwy King Crimson i Van Der Graaf Generator jako takie pewne punkty porównawcze już sprawiły, że wielu z Państwa bardzo miło się poczuło. I muszę Państwu powiedzieć, że słuchałem tej płyty już kilka razy i za każdym razem odkrywam w niej coś wspaniałego, coś nowego. Jest to po prostu muzyka początku lat 70-tych, ten wielki, oryginalny, prawdziwy, cudowny rock progresywny przepełniony po prostu chęcią grania, chęcią tworzenia czegoś nowego. Stewart Goldring gra na gitarze, Colin Goldring gra też na gitarze, śpiewa, a także gra na saksofonie i trąbce, Noel Pegrum gra na instrumentach perkusyjnych, flecie i oboju, a John Earle na różnych saksofonach, fletach, a także śpiewa. Składu dopełnia niejaki Peter Cowling, grający na gitarze basowej. Oprócz tego również w zespole znalazł się, znalazła się, ale tylko w jednym nagraniu na fortepianie, niejaka Charlotte Fendrich. Zespół istniał gdzieś na początku lat 70-tych, nie wiadomo czy nagrał coś więcej, nie wiadomo czy nagrał coś wcześniej albo później, nie wiadomo co się z nim później stało. Bardzo wiele jest takich zespołów z przeszłości, które stworzyły jedną płytę albo dwie płyty, najczęściej jedną. Były to bardzo często płyty wspaniałe, które wtedy przepadły gdzieś, zostały w ogóle niezauważone. Później wydawało się, że na zawsze w mrokach czasu przepadną, a jednak dzięki reedycjom kompaktowym, czasami niekoniecznie w rodzimym kraju, czasami w innych krajach, po prostu teraz do nas docierają i my teraz możemy się cieszyć taką płytą "Lady Lake" zespołu Gnidrolog. Sześć utworów się na tej płycie znajduje. Płyta trwa zaledwie czterdzieści minut i niech to będzie taki mój noworoczny prezent dla Państwa. Cała płyta zespołu Gnidrolog - "Lady Lake". Po kolei: "I Could Never Be A Soldier", czyli nigdy nie mógłbym zostać żołnierzem, ponad jedenastominutowy utwór, który płytę otwiera, później bardzo vandergrafowaty miejscami "Ship", czyli statek, później piękna, nastrojowa i niesamowita zarazem balladka "A Dog With No Collar" - pies bez obroży, później utwór tytułowy, to już zdecydowanie King Crimson i Van Der Graaf "Lady Lake", czyli Pani jeziora, później "Same Dreams", takie same marzenia, sny i na zakończenie "Social Embarrassment" - społeczne zażenowanie. Sześć utworów, pięciu Panów, Gnidrolog albo "nidrolog", jeśli ktoś już koniecznie chce to wymawiać tak jak być może to było wymawiane. Zespół, o którym nic nie wiemy, ale myślę, że muzyka powie nam wszystko. Słuchamy.

 

50. Gnidrolog - I Could Never Be A Soldier

51. Gnidrolog - Ship

52. Gnidrolog - A Dog With No Collar

53. Gnidrolog - Lady Lake

54. Gnidrolog - Same Dreams

55. Gnidrolog - Social Embarrassment

56. Komentarz Tomasza

To był rok 1972 kiedy powstała ta płyta - "Lady Lake". Zespół "nidrolog", Gnidrolog, tak to się pisze i jak już Państwu powiedziałem najprawdopodobniej, jestem prawie pewien, nazwa ta jest anagramem troszeczkę wprawdzie takim wzbogaconym o jedną literkę, nazwiska Goldring, bo tak nazywa się dwóch muzyków grających w tym zespole. Gnidrolog - "Lady Lake, utwory: "I Could Never Be A Soldier" - nigdy nie mógłbym zostać żołnierzem, w tym utworze pod koniec oprócz wpływów niewątpliwie King Crimson, Van Der Graaf Generator słychać było ewidentnie taką gitarę jak Wishbone Ash stosował wtedy. Później "Ship", czyli statek, tutaj przede wszystkim saksofony w klimacie Van Der Graafa."A Dog With No Collar" - pies bez obroży, tutaj klasyczna ballada King Crimson. "Lady Lake" - dama jeziora, pani jeziora, tutaj właściwie też King Crimson przede wszystkim się nam kojrzył. "Same Dreams - te same sny, marzenia i "Social Embarrassment" - społeczne zażenowanie, tutaj coś w melodii przypominającego Gentle Giant można było znaleźć. Ciekaw jestem bardzo Państwa opinii na temat tej płyty. Dla mnie jest to jedno z najpiękniejszych i najbardziej radujących odkryć, spóźnionych wprawdzie, ale mimo wszystko odkryć płyt wznowionych w 1995 roku. Oczywiście ona nie w '95 została wydana, już zdaje się kilka lat temu wznowiono ją w Japonii, ale ja miałem to szczęście, że trafiła do mnie w grudniu '95 roku. Cóż, better late than never. Proszę Państwa, dziękuję, dziękuję za życzenia świąteczne, dziękuję za życzenia noworoczne, dziękuję za życzenia urodzinowe, imieninowe i za wszystkie, wszelkie życzenia jakie napływają do Trójki sobotniej pod księżycem. Myślę, że w tej chwili, ponieważ za chwilę przyjdzie mi się z Państwem pożegnać. W tej chwili pod sam koniec '95 roku najważniejszym i największym naszym wspólnym życzeniem jest chyba to aby przez cały rok '96 dane nam było w spokoju spotykać się w Trójce o tej samej, stałej księżycowej porze. Obym, więc mógł co tydzień mówić do Państwa tak jak dziś - "I will be here again". Do usłyszenia w nowym roku.

 

57. U2 - New Year's Day

58. Julee Cruise - Mysteries of Love

59. Komentarz Jerzego Kordowicza

Ta piękna prawie chorałowa muzyka znamionuje, że Książę Ciemności, Tomasz Beksiński zakończył swój podksiężycowy dyżur w Trójce. Już minuta po godzinie czwartej.

 

60. Sygnał Świąteczny serwisu Trójki (godz. 4:00)


Płyty wykorzystane w ramach audycji

Arzachel - Arzachel (1969)

Collage - Baśnie (1990)

Colosseum - Colosseum LiveS (The Reunion Concerts 1994) (1995)

Deine Lakaien - Dark Star Tour '92 Live (1992)